
We wtorek rano Mathieu van der Poel i Wout van Aert wyruszyli do Kanady, gdzie w niedzielę 27 września odbędzie się wyścig ze startu wspólnego podczas mistrzostw świata w Montrealu. Obaj kolarze mają być jednymi z głównych bohaterów walki o tęczową koszulkę - i choć różni ich narodowość oraz ekipa, łączy ich jedno: status zawodników, których obecność na liście startowej natychmiast zmienia oblicze każdego wyścigu.
Van der Poel pojawił się na brukselskim lotnisku wczesnym rankiem w towarzystwie partnerki Roxanne. Wyleciał w dobrym humorze i wypoczęty - co nie jest oczywiste, biorąc pod uwagę, co wydarzyło się zaledwie kilka dni wcześniej. Na Tour de Luxembourg wygrał etap po samotnej, 174-kilometrowej ucieczce. Takich wyczynów próżno szukać we współczesnym kolarstwie: samotna ucieczka przez prawie 175 kilometrów to coś, co zdarza się raz na wiele lat. Holender przyznał, że sam zdaje sobie z tego sprawę.
„Czy wróciłem już do sił po tych 175 kilometrach solo? Absolutnie. Cieszę się, że mogłem zakończyć sezon na pozytywnym akordzie. Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie nie uda mi się tego powtórzyć.”
- Mathieu van der Poel
Mimo efektownego zwycięstwa van der Poel nie uważa, że automatycznie stał się głównym faworytem mistrzostw. W rozmowie ze Sporzą i VTM mówił z rozbrajającą szczerością.
„Nie sądzę, żeby tamto solo w Luksemburgu zmieniło moją pozycję. Nie uważam się za głównego faworyta, raczej za jednego z outsiderów. Jeśli rzeczywiście nim jestem, to tego nie ukrywam - ale na tej trasie są zawodnicy, którzy mają większe szanse niż ja. Oczywiście możliwości też są.”
- Mathieu van der Poel
I trudno nie przyznać mu racji, przynajmniej jeśli chodzi o profil trasy. Wyścig w Montrealu rozgrywany jest na dystansie 273,2 kilometra i obejmuje 12 okrążeń obwodu Góry Królewskiej z łącznym przewyższeniem 3800 metrów. To trasa wymagająca, premiująca wspinaczkę i wytrzymałość górską. Van der Poel w takich warunkach jest groźny, ale nie jest bezpośrednim specjalistą - w odróżnieniu od Remco Evenepoela, Isaaca del Toro czy Paula Seixasa, którzy na podjazdach mogą odjechać grupie znacznie łatwiej.
Warto pamiętać, że van der Poel jest obrońcą tęczowej koszulki, którą zdobył jako mistrz świata w 2023 roku. Holender przystępuje do niedzielnego wyścigu z rosnącym momentum po fenomenalnym zwycięstwie etapowym na Tour de Luxembourg, a mimo to konsekwentnie odgrywa rolę outsidera w rozmowach o faworytach. To charakterystyczne dla zawodnika, który rzadko wystawia się na pierwszą linię ognia przed wielkim wyścigiem.
Wyścig mistrzostw świata rozgrywany jest przez reprezentacje narodowe i bez radiostacji w peletonie. Brak łączności między sztabem a zawodnikami oznacza, że trener czy dyrektor sportowy nie może na bieżąco sterować wyścigiem z samochodu, reagować na ataki ani koordynować taktyki w czasie rzeczywistym. To sprzyja chaosowi, niespodziewanym akcjom i ogólnej nieprzewidywalności przebiegu rywalizacji. A nieprzewidywalność to żywioł, w którym van der Poel czuje się doskonale - zawodnik z szerokim wachlarzem umiejętności potrafi wykorzystać każdą lukę, gdy wyścig wymknie się spod kontroli faworytów.
Z punktu widzenia rywali kluczowe pytanie brzmi: jak i kiedy wyeliminować Holendra z gry o sprint, bo przegrać z nim w finiszu nie chce nikt rozsądny. Zawodnicy pokroju Evenepoela czy del Toro będą zapewne próbować zadecydować o zwycięstwie na podjazdach, zanim do głosu dojdzie van der Poel. Dopóki jednak jedzie w grupie, wynik jest otwarty - bez względu na to, czy trasa mu sprzyja, czy nie. To właśnie sprawia, że jego start w Montrealu będzie elektryzował kibiców od pierwszego do ostatniego kilometra.
Artykuł opracowany przez redakcję Kadencja na podstawie faktów.
0 komentarzy
Bądź na bieżąco z peletonem
Najważniejsze newsy, testy i trasy raz w tygodniu. Zero spamu.










